17 lipca został strącony malezyjski boeing. Tego dnia akurat byliśmy z moim przyjacielem, polskim reżyserem filmowym - nie podam nazwiska - na festiwalu w Słubicach nad Odrą. Telefon się urywał, dzwonili do mnie z Moskwy, z Petersburga, że takie nieszczęście, 300 ludzi zginęło, zupełnie niewinnych. Cała Rosja była w szoku, ja też. Taka straszna tragedia. Następnego dnia idę do domu kultury w Słubicach, patrzę, a tam stoi mój przyjaciel reżyser i mówi do mnie z uśmieszkiem: "Jak tobie nie wstyd? No, jak wam Rosjanom nie wstyd!? Strąciliście samolot". Wpadłem w histerię, krzyczałem na niego tak, że ludzie pouciekali. A on otwiera komputer i pokazuje: "Zobacz, zobacz, to na 100 proc. Rosjanie zrobili". Pokłóciliśmy się śmiertelnie, koniec naszej wieloletniej przyjaźni, bo przecież tak się nie zachowuje przyjaciel. Ja wciąż myślę o tamtych ludziach, którzy zginęli w boeingu. Nikt pewnych dowodów nie przedstawił, więc nie wiem, kto to zrobił. Separatyści? Ukraińcy? Dureń, który paluchem uderzył w przycisk, puścił tę rakietę, musiał być pijany. Cała Rosja wiele by dała, żeby nie doszło do tej tragedii. Tymczasem w Polsce ruszyła lawina informacji, że to pewnie Putin kazał zestrzelić, i kropka. Włączyłem polską telewizję, serwis informacyjny, a tam 25 minut o wielkiej rosyjskiej agresji na Ukrainie, pokazują Putina - koniecznie w ciemnych okularach - jak jakiegoś potwora. Nie pozwolę obrażać mojej ojczyzny**.**