Nie wiem, czy to mówiłam kiedyś, ale ja przed samym wyjściem zamknęłam się w łazience, powiedziałam, że nie wyjdę. I Wiktor pukał do mnie i mówił: "Pani Edytko, już trzeba iść, naprawdę, trzeba iść". I używał różnych słów i tonów, czasem krzyknął, w ostatniej chwili to już myślałam, że po prostu nie zaśpiewam. Mówię: "Wiktor, nie mam w ogóle głosu, nie dam rady, to jest za trudny utwór, co ja zrobiłam". (...) Pamiętam ten moment, kiedy zza kulis odprowadził mnie taki kierownik sceny, dał mi mikrofon i odszedł. I ja zostałam sama, na tej wielkiej, gigantycznej scenie, gdzie była publiczność tak szeroko rozstawiona, że nawet nie widziałam końca. Myślałam, że to jest ten moment, że ja umieram, że nie dam rady. I potem poprosiłam o zaufanie, wsparcie anieli, żebym przez cały utwór nie utraciła głosu. Jak zeszłam, to już w ogóle nie miałam głosu, więc to był cud. To był jeden z największych cudów i dla mnie, i dla Polski.