"Wiem, że to był czas świąteczny, świąt wielkanocnych. Ja miałem swoje problemy w domu, wieczne awantury z matką i siostrami. Tego dnia wyjechałem rowerem do lasu. Jadąc z górki, oparłem się o kierownicę i paliłem papierosa. Nagle z krzaków wyszła jakaś kobieta. Nie wiedziałem, że to jest Zyta M. Ja jej nie znałem, mieszkałem 6-7 kilometrów od jej miejscowości. Na drugi dzień już wiedziałem, że tą kobietą była Zyta M. (…) Weszła pod mój rower i przewróciłem się na ziemię. Ona zaczęła na mnie krzyczeć, uderzyła mnie otwartą ręką prosto w twarz. Ja jej oddałem. Ona wówczas obaliła się, usiadła na tyłek. Wzięła jakiś kij, uderzyła mnie nim w twarz. Ja ją znowu odepchnąłem. Jak Zyta leżała na ziemi zauważyłem, że obok leży kupka kamieni z pola. Wziąłem jeden z tych kamieni i mocno uderzyłem ją w głowę. Wydaje mi się, że uderzyłem raz. Ona leżała na ziemi, nic nie mówiła. Mocno krwawiła, chyba z nosa. (…) Następnie chciałem upozorować zgwałcenie. Nie miałem noża, rozerwałem pasek i spodnie. Zyta była chyba jeszcze przytomna, szamotała się. Wiem, że próbowała mnie bić, na pewno mnie drapała po twarzy. Opuściłem jej spodnie. Nie pamiętam, czy podciągnąłem jej biustonosz i bluzkę. Pamiętam, że przewróciła się na brzuch, a ja wówczas za kaptur kurtki pociągnąłem ją w głąb lasu. Przeciągnąłem ją ze ścieżki kilka metrów, tam ją zostawiłem. W strachu zabrałem rower i pojechałem prosto do domu. W domu była mama. Wjechałem do garażu i tam się powycierałem z krwi. Nic nikomu nie powiedziałem. (…) Wydaje mi się, że siostry podejrzewały, że ja to zrobiłem, czyli że zabiłem Zytę M. Żałuję tego. Całe 26 lat o tym myślę. Bywały takie dni, że miałem dość i chciałem się zgłosić na policję. Teraz mam spokój duszy".