Natalia Bacławska była gościnią w podcaście Żurnalisty, gdzie ze szczegółami wróciła do tragicznego dnia, w którym zginął Łukasz Litewka. Partnerka zmarłego posła wyznała, że o wypadku dowiedziała się po serii niepokojących telefonów od bliskich, którzy próbowali zweryfikować krążące w sieci informacje.
Nie zapomnę tego nigdy, wciąż dźwięczy mi to w głowie - wspomina Natalia. Weszłam do salonu. Zadzwonił do mnie kolega wspólny na Messengerze, Dawid, odbieram telefon i on się pyta: "Kiedy miałaś ostatnio kontakt z Łukaszem?" I mówię, że dwie, trzy godziny temu rozmawialiśmy. I on na to: "Masz jego geolokalizację? Wiesz, gdzie on jest?" Ja wchodzę i mówię, że na Kazimierzowskiej. On mówi: "Gdzie jesteś?" A ja mówię, że w pracy. I on na to: "Chyba Łukasz nie żyje". A ja, że przestań gadać głupoty, pewnie jestem na głośniku i żarty sobie robicie. I on na to, żebym do niego zadzwoniła. Usłyszałam jego ton...
WIDEOTak wyglądał pogrzeb Andrzeja Morozowskiego
Kobieta opowiada, że zlokalizowała telefon ukochanego i wraz z przyjaciółką natychmiast ruszyła za sygnałem GPS. Gdy dojeżdżały na miejsce zdarzenia, na ulicę Kazimierzowską w Dąbrowie Górniczej, z daleka dostrzegła stojącą karetkę oraz leżące na jezdni buty partnera - widok, który zwiastował najgorszy z możliwych scenariuszy.
Natalia Bacławska mówi o szokującym traktowaniu ze strony policji
Zrozpaczona Bacławska wyskoczyła z jadącego jeszcze samochodu i pobiegła w stronę miejsca tragedii, jednak drogę zastąpili jej funkcjonariusze. Na pytanie o to, kim jest, odpowiedziała, że życiową partnerką Łukasza.
Ja wysiadłam z auta, wbiegłam tam i stała policjantka i policjant - mówiła. Nigdy nie zapomnę ich twarzy i tego, z jakim brakiem szacunku nas potraktowali. Chciałam przebiec. Zatrzymali, zapytali, kim jesteśmy i ja mówię, kim jestem, a ona mówi: "Pani jest nikim". Poprosiłam, żeby mi powiedziała, czy żyje, czy nie żyje. "Nie możemy nic pani powiedzieć". Powiedziałam: "Ale przecież sama ma pani obrączkę na palcu". I ona na to: "Ja mam, a ty nie masz".
Mimo błagań o jakąkolwiek informację, czy jej ukochany w ogóle jeszcze żyje, funkcjonariusze odmówili udzielenia jakichkolwiek szczegółów. Wstrząśnięta kobieta opadła z sił i usiadła na ziemi, nie mogąc pojąć ani skali tragedii, ani kompletnego braku szacunku ze strony służb, które zastała na miejscu wypadku.
Później podszedł trzeci policjant i powiedział: "Nie mogę pani tego powiedzieć, ale będzie sekcja" - zdradziła.