Zastanawiam się, na ile to była akceptacja, na ile to było wyparcie. Bo ja niestety działam w tych samych mechanizmach, co ona. (...) Ja widziałam, że ona jest taka wyluzowana, że sobie ścięła włosy, że se leży, że co tam mielibyśmy jej siedzieć nad głową, sobie prztykała żartami do nas, ale... Było dla mnie niepokojące to, że nie rozmawiamy o tym. Ani ona nie okazuje żałoby w związku z otrzymaniem takiej diagnozy, ani ja też nie mogę jej o tym powiedzieć. Bo wtedy nie wiadomo, w jaki sposób ona sobie z tym poradzi, że ja się boję. (...) Chociaż z drugiej strony ona (...) była nastawiona, że wydarzy się jakiś kataklizm. Była bardzo lękliwa, bała się, że będzie tsunami, powódź, będzie wojna. (...) Ona trochę wolała założyć najgorszy scenariusz, jaki może być i być gotową na to, co jest najgorsze, a nawet absurdalne niż zakładać, że będzie super, żeby potem mieć tę ulgę, ciężar zniesiony z ramion. (...) Wtedy jak gadałem z nią przez telefon, to pomyślałem: "oj, nie podoba mi się to, to jest tym razem coś poważnego, a nie jak zawsze jakiś pierd". (...) I wszedłem też w to lękowe myślenie