Łukasz Litewka zginął w tragicznym wypadku do którego doszło 23 kwietnia w Dąbrowie Górniczej. Poseł jechał rowerem, gdy potrącił go samochód marki Mitsubishi prowadzony przez 57-letniego kierowcę. Mężczyzna trafił do aresztu, jednak już 28 kwietnia wyszedł na wolność po wpłaceniu poręczenia majątkowego w wysokości 40 tys. zł.
Na takie rozstrzygnięcie nie zgodziła się prokuratura, która zaskarżyła decyzję sądu. 12 maja Sąd Okręgowy w Sosnowcu rozpoznał zażalenie i utrzymał wcześniejsze postanowienie.
WIDEOTak wygląda grób Łukasza Litewki. Masa zniczy i kwiatów
Sławomir K. przerywa milczenie. Tak wspomina wypadek
Przedstawiona przez prokuraturę rekonstrukcja zdarzeń wskazuje, że Sławomir K. z niewyjaśnionych dotąd przyczyn zjechał swoim Mitsubishi na przeciwległy pas ruchu i czołowo uderzył w prawidłowo jadącego na rowerze Litewkę. Mimo trwającej około godziny reanimacji życia posła nie udało się uratować.
Kierowca przyznał się do spowodowania wypadku, jednak wciąż nie potrafi wyjaśnić, co doprowadziło do utraty panowania nad pojazdem. Za ten czyn grozi mu kara do ośmiu lat pozbawienia wolności.
Sytuacja w zawieszeniu i czekanie czy pójdę do więzienia. (...) Od początku przyznałem się, odpowiadałem na pytania prokuratora. Nie mataczę, nie było żadnego innego samochodu, tylko mój. Jak to było, sam nie wiem
Żona kierowcy w rozmowie z tabloidem wspomina, że tamtego dnia jej mąż - jak zwykle - wstał około czwartej rano, by pojechać do pracy. Miał również zawieźć ją do pracy, jednak ponieważ się spóźniał, kobieta postanowiła pojechać autobusem. Kiedy zadzwoniła do niego chwilę później, usłyszała jedynie: "Chyba stuknąłem faceta". Niedługo później do jej drzwi zapukali policjanci.
Sławomir K. relacjonuje, że pełną świadomość odzyskał dopiero w momencie, gdy samochód znalazł się w rowie. Jak twierdzi, wokół pojazdu zgromadzili się ludzie, a on sam był w silnym szoku - trząsł się, nie był w stanie samodzielnie zadzwonić po pomoc, a telefon miał zablokować pod wpływem stresu. Ostatecznie to jedna z osób znajdujących się na miejscu miała wezwać służby ratunkowe.
Otworzyłem oczy, gdy auto było w rowie. Byli jacyś ludzie wokół mnie, byłem strasznie roztrzęsiony, dygotałem cały, nie mogłem wykręcić numeru 112. Z tego wszystkiego telefon mi się zablokował. Ktoś zadzwonił i wezwał służby
Mężczyzna przyznaje, że widział poszkodowanego, jednak w tamtym momencie nie był w stanie rozpoznać, kim był rowerzysta. Dopiero podczas przesłuchania dowiedział się, że ofiarą wypadku był Łukasz Litewka. Jak podkreśla, do dziś próbuje zrozumieć, jak doszło do tak tragicznego w skutkach zdarzenia.
Małżeństwo K. opowiada, że na kilka dni przed tragedią 57-latek miał być wyraźnie rozdrażniony i zestresowany z powodu niepewności związanej z przedłużeniem umowy, która wygasała z końcem kwietnia. Mężczyzna pracował przy sprzątaniu ulic; wcześniej był zatrudniony w Poczcie Polskiej, jednak stracił pracę w ramach redukcji etatów.
Z wykształcenia jest ekonomistą i, jak podkreśla, po pięćdziesiątym roku życia znalezienie zatrudnienia staje się znacznie trudniejsze. Twierdzi, że dlatego godził się na coraz niższe wymagania, byle tylko pozostać aktywnym zawodowo.
Powyżej 50. r. życia trudno cokolwiek znaleźć na rynku. Człowiek obniżał swe wymagania, żeby tylko być użytecznym dla społeczeństwa
Po wypadku Sławomir K. stracił zatrudnienie i - jak twierdzi - od czterech miesięcy bezskutecznie szuka nowej pracy. Jego żona przyznaje, że mąż wyraźnie się załamał i każdego dnia żyje w obawie przed możliwym wyrokiem. Kobieta obawia się, że nawet krótki pobyt w więzieniu byłby dla niego ogromnym obciążeniem, zwłaszcza w obliczu emocji społecznych i oczekiwań dotyczących surowej kary.
Skażą go choćby na rok, a mąż nie zabiłby muchy. Społeczeństwo będzie domagało się surowego wyroku, mąż na pewno pójdzie do więzienia. Boję się o niego, nawet rok z bandytami, kryminalistami, mąż tego nie przeżyje, będzie nagonka
Sławomir K. przekonuje, że jedyną stałą ulgę w trudnym czasie przynosi mu modlitwa do Ojca Pio, która stała się elementem jego codzienności. Jak zapewnia, modli się zarówno za siebie, jak i za Łukasza Litewkę. Stanowczo odrzuca również sugestie, jakoby zdarzenie mogło być przez niego zaplanowane, określając takie teorie jako absurdalne. Podkreśla, że darzył posła szacunkiem, znał go z lokalnej działalności publicznej, a jego rodzina - jak twierdzi - głosowała na niego. Prawie trzy dekady temu K. sam chciał zostać radnym, ale bezskutecznie.
Szanowałem Łukasza Litewkę. Znałem go, bo kto go nie znał. Moja rodzina na niego głosowała. Dobry człowiek
57-latek skarży się też na to, że po wypadku część znajomych przestała się odzywać.
Żyję z piętnem zabójcy. Tak już zostanie, bardzo tego żałuję, co się stało