O tym, że Maryla Rodowicz jest niekoronowaną królową polskiej estrady, nie trzeba nikogo przekonywać. Artystka od dziesięcioleci regularnie koncertuje w całej Polsce i ani myśli o przejściu na emeryturę. Sopot ma jednak w jej sercu absolutnie wyjątkowe miejsce.
WIDEOŻabson komentuje występ Skolima na prezydenckim evencie. "To jest legendarne, nie?"
Gdy przed rozpoczęciem czwartkowego koncertu do wokalistki podszedł Mateusz Hładki, zapewne spodziewał się klasycznej, nostalgicznej pogawędki. Piosenkarka najpierw z rozczuleniem zaczęła opowiadać o swoim powrocie do Opery Leśnej.
Dla mnie to jest za każdym razem wielkie wzruszenie i cieszę się na spotkanie z tą cudowną publicznością - wyznała rozpromieniona Maryla.
Gdy dziennikarz zapytał o jej pierwsze, najbardziej wyraziste wspomnienie z sopockiego festiwalu - dopytując, czy chodzi o relację z czeską gwiazdą, Heleną Vondráčkovą - Rodowicz szybko wyprostowała faktografię i podzieliła się bezcenną anegdotą.
Z Heleną się znałyśmy i spotykałyśmy się kilkakrotnie tutaj na festiwalu. Potem balowałyśmy na plaży do świtu, witając słońce, które wychodziło z morza.
Jednak to, co wydarzyło się chwilę później, całkowicie wybiło z rytmu prowadzącego wywiad. Rozmarzona Maryla nagle zmieniła ton na śmiertelnie poważny i postanowiła zwerbalizować swoją absolutną deklarację wiernej miłości do sopockiej sceny.
Ale ten festiwal to moje narodziny - narodziny gwiazdy, która nazywa się Maryla Rodowicz. Tu się narodziłam i tutaj zejdę - rzuciła prosto do mikrofonu.
Prowadzący na chwilę zamarł, po czym próbował ratować sytuację uśmiechem i obrócić mroczną zapowiedź artystki w żart:
Maryla, kochamy cię. Do tego jeszcze bardzo, bardzo daleko! - łagodził sytuację Mateusz Hładki, a w Operze Leśnej rozległy się salwy śmiechu.