W połowie lipca w mediach gruchnęły wieści o rozstaniu Julii Wieniawy z panelem jurorskim programu "Mam Talent!" Natychmiast zaczęły się spekulacje, że dostała lepszą propozycję i nie musieliśmy długo czekać na potwierdzenie tych domysłów. Dziś rozśpiewana influencerka zasiada w jury "Tańca z Gwiazdami" i ocenia tych, na których miejscu sama była ledwie kilka edycji temu.
Zobacz też: Julia Wieniawa hucznie debiutuje w "Tańcu z Gwiazdami". Zaśpiewała i ruszyła na parkiet z jurorami (WIDEO)
Niby "transfer roku", a jednak "niewiadoma roku"
Jesteśmy już po pierwszym odcinku i przez sekcję komentarzy na Facebooku czy Instagramie przetoczyła się lawina opinii na temat debiutu Julii w tej roli. Jedni piszą, że stała się dobrym duchem programu i zachowywała się profesjonalnie, drudzy z kolei grzmią, że była zbyt "prywatna" i jej komentarze na razie niewiele wnoszą. Problem w tym, że moim zdaniem żadna ze stron nie ma racji, ale rozumiem też przewijające się w tej dyskusji argumenty.
Zacznijmy więc od początku. W nowej roli Julia zastąpiła Ewę Kasprzyk, a ta (przynajmniej z założenia) miała kontynuować to, co zaczęła lata temu Beata Tyszkiewicz. Nie chodzi więc o kolejnego srogiego jurora, który będzie prawił o ramie i kroczkach, lecz o wspomnianego dobrego ducha, który trochę poklepie uczestnika po ramieniu i oceni ogólny wyraz artystyczny. Wieniawa trochę od tej roli ucieka, co rozumiem, bo każda konwencja to jednak szufladka, ale ona sama chyba na razie nie do końca wie, kim chciałaby w tym wszystkim być.
WIDEO"Taniec z gwiazdami" stawia na kontrowersje. Czy to przyciągnie widzów przed telewizory?
Z jednej strony Julia obdarowywała uczestników podobnymi notami jak siedzący obok niej Rafał Maserak czy Tomasz Wygoda, a z drugiej strony notorycznie wplatała do wypowiedzi prywatę i chwaliła znajomych z branży głównie za pozytywną energię. Być może wynika to właśnie z faktu, że ze sporą częścią ekipy miała przelot już wcześniej, dlatego wrzutki typu "mów do mnie szefowo" czy pokrzykiwanie do zasiadającej na widowni Wiktorii Gąsiewskiej to dla niej normalna sprawa.
Niby Wieniawa chciałaby więc być "mini Iwoną" i uchodzić za autorytet, ale z drugiej strony widać w niej pragnienie pozostania Julią-kumpelą. Ja tu wyczuwam zgrzyt i było to dla mnie momentami niezręczne. Pomijam już ewentualne zarzuty o stronniczość, bo jak się kogoś lubi i zna, to jesteśmy mniej skorzy do artykułowania pod jego adresem "strasznej prawdy". Takie głosy na pewno się pojawią w kolejnych tygodniach i trzeba się z tym pogodzić.
Miał być szał, a wyszło jak wyszło
Czy jej opinie faktycznie niewiele wnoszą do ogólnej oceny? I tak, i nie, bo Ameryki pewnie nie odkryła, ale trudno też oczekiwać, żeby ktoś wynalazł koło na nowo po kilkudziesięciu edycjach podobnych komentarzy. Osobiście największe nadzieje pokładałem jednak nie w tym, co Julia powie, a w tym, jak ubierze to w słowa. Wszyscy wiemy, że potrafi być kąśliwa i ironizować, gdy wymaga tego sytuacja, ale na razie wyraźnie się kryguje. Być może potrzeba jej więcej czasu, żeby się rozkręcić - a może tak już po prostu będzie i tyle.
Po pierwszym wspólnym wieczorze z Julią w roli jurorki "Tańca z Gwiazdami" naszła mnie refleksja, że cały ten "transfer roku" nie wywołał we mnie żadnych większych emocji. I z tym mam właśnie największy problem, bo obojętność to dla gwiazdy najgorsza kara, ale programy tego typu rządzą się jednak pewnymi prawami. Jeśli już tam jesteś, to musi być szał (i show!). Poczekamy, zobaczymy.