Po tygodniach plotek i spekulacji ogłoszono oficjalnie, że Robert Lewandowski dołączy do drużyny Chicago Fire. Komentatorzy sportowi zastanawiają się głośno, co to oznacza dla sportowej kariery Polaka, a kibice i znajomi ruszyli z gratulacjami i życzeniami kolejnych sukcesów. Na wiadomość o transferze ukochanego zareagowała również Anna Lewandowska, ale zamiast słodkiej i optymistycznej notki, opublikowała gorzki i zaskakujący dla wielu wpis, w którym podzieliła się swoimi lękami i obawami w związku z przeprowadzką do Ameryki.
Zobacz także: GORZKI WPIS Anny Lewandowskiej po transferze Roberta do Chicago Fire: "CHOLERNIE SIĘ BOJĘ. (...) Martwię się o dziewczynki"
Co z biznesami Ani po transferze Roberta do Chicago Fire? "Nie chce zamykać siłowni w Barcelonie. W Chicago czeka na nią cała P
Zaskakująco szczery i mało radosny wpis Lewandowskiej spotkał się ze wsparciem znanych koleżanek i innych partnerek piłkarzy, ale - tradycyjnie już - podzielił opinię publiczną. Ania wyłamała się na chwilę z roli wspierającej żony, której obowiązkiem jest nie tylko stanie murem za mężem, ale i przyklejony uśmiech i performatywna radość. Lewandowska powiedziała wprost: nie, nie cieszę się z tego transferu i mam ku temu swoje powody. Obok takich słów ciężko przejść obojętnie, szczególnie, jeśli padają z ust osoby, której notorycznie odbiera się prawo do jakichkolwiek oznak niezadowolenia, co w dużej części podyktowane jest stanem jej konta. To też pułapka, którą osoby publiczne niejako same na siebie zastawiają, publikując w social mediach jedynie piękne kadry z wyidealizowanej codzienności perfekcyjnej rodziny. Nie wpuszczają nas przecież do trudnych rozmów, wieczornych kłótni i sprzeczek czy cichych dni. Zatem, gdy przychodzi moment, w którym cały sportowy światek żyje decyzją Roberta, a Ania tego entuzjazmu nie podziela, mamy niespodziewany problem.
Wbrew temu, co często myśli i mówi się o Lewandowskiej, jej wpis nie wychodzi z poziomu ego i osobistej frustracji. Mamy tu raczej do czynienia z dość refleksyjnym wyznaniem żony i matki, która ma dość udawania, że jest zawsze gotowa na wielką zmianę, a ekscytacja nowymi wyzwaniami to jej domyślne ustawienie fabryczne. Jak na kogoś, kogo z tą gotowością nieodłącznie kojarzymy, to pewne novum i być może dlatego tak trudne dla niektórych do przyjęcia.
Negatywna reakcja części internautów na słowa Lewandowskiej jest zrozumiała - mniej uprzywilejowani nie lubią słuchać o problemach bogatych, bo te ich zdaniem w ogóle nie powinny istnieć. Uderza to bezpośrednio w ich fałszywe przekonanie, że pieniądze, oprócz zaspokojenia podstawowych potrzeb i odjęcia codziennych trosk, nie są antidotum na wszystkie problemy i smutki. Oczywiście, w tym miejscu każdy z chęcią uderzy wyświechtanym "lepiej płakać w Ferrari niż w maluchu", dodając, że bogaczom nie należy się empatia, "bo co ma powiedzieć samotna matka trójki dzieci z Elbląga?", ale to wyjątkowo płytkie podejście, wywołane lękiem przed tym, że faktycznie moglibyśmy płakać nawet w Ferrari.
Wyznanie Lewandowskiej o tym, że boi się o przyszłość swoich córek, uderza dokładnie w czuły punkt - bo skoro pieniądze nie gwarantują szczęśliwego finału, to dlaczego każdego dnia się o nie zabijamy? Ania może mieć wszystkie pieniądze tego świata, ale nie istnieje jeszcze przelew, który sprawi, że dziecko będzie się dobrze czuło w nowej szkole, zostanie zaakceptowane przez kolegów i nie będzie tęskniło za swoim starym życiem w innym kraju.
Klasycznie już w dyskusji pomijany jest Lewandowski, bo nikomu przecież nie przyszłoby do głowy, żeby kwestionować wybór mężczyzny i do tego sportowca. Zasugerować, że mógłby już zawiesić buty na kołku i odpuścić swoje sportowe i finansowe ambicje. Czy ktoś miałby odwagę wymagać od Roberta, żeby pogodził się z ławką rezerwowych w Barcelonie i obniżką pensji, skoro jego rodzina jest szczęśliwa w Hiszpanii? Jak na ironię, to jego żonie zarzuca się regularnie, że cały czas chce więcej, że co jeszcze próbuje wszystkim udowodnić, że "już wystarczy". Tymczasem rozmowa o przyszłości i planach Roberta to pozbawiona moralnej oceny tabelka z Excela - gdzie, kiedy i za ile? Wyobraźcie sobie poziom dyskusji, gdyby to od potencjalnego sukcesu siłowni Anki w danym miejscu zależało to, gdzie w ciągu dwóch tygodni będzie musiała przenieść życie całej swojej rodziny z Robertem włącznie. W tym świetle ciężko nie dostrzec absurdu tej sytuacji...
Ostatecznie pewnie wszystko się Lewandowskim w Chicago ułoży, bo mają wsparcie, o którym inni mogliby tylko pomarzyć, ale lęk przed niewiadomą to ludzki odruch, więc dajmy i bogatym ludziom być czasami tylko ludźmi. Anna Lewandowska w oczach wielu osób nigdy nie będzie kimś, z kim łatwo się utożsamić, ale ciężko ją ganić za to, że walczy o swoją podmiotowość i coraz śmielej przeciwstawia się tłumieniu jej głosu i emocji, które nie pasują do utartej, mizoginistycznej narracji. Bo kobieta może kochać, wspierać i podążać za mężem, ale nie zawsze z uśmiechem na twarzy.
Zobacz także: Damian Michałowski o słowach Lewandowskiej, że "za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta". "ZALEŻY OD SYTUACJI"