Zniknął podczas rejsu, 70 metrów od brzegu. Rodzina nie zgadza się z oficjalną wersją wydarzeń - zagadka marynarza Piotra Pieli

W sierpniową noc 2008 roku, kilkadziesiąt metrów od brzegów Teksasu, z pokładu statku BBC Ecuador bez śladu zniknął 28-letni marynarz Piotr Piela. W jego kabinie pozostał telefon komórkowy, a jedynym śladem był porzucony kapok. Amerykańskie służby błyskawicznie orzekły samobójstwo, lecz rodzina kategorycznie odrzuciła tę wersję. Czy młody nawigator wykorzystał bliskość lądu, aby rozpocząć nowe życie w USA? A może na pokładzie rozegrał się znacznie mroczniejszy scenariusz?

Sprawa Piotra PieliSprawa Piotra Pieli
Źródło zdjęć: © Pixabay

Przygotowania od najmłodszych lat

Piotr dorastał w Zgorzelcu, niewielkim mieście przy granicy z Niemcami. Już jako czterolatek wykazywał determinację, która wykraczała poza ramy dziecięcej zabawy. Matka chłopca do dziś wspomina moment, gdy zaniepokojona specyficznym krokiem zabrała go do ortopedy. Malec, zamiast poddać się badaniu, z powagą godną dorosłego wyjaśnił lekarzowi: "Ja nie mam chorych nóg. Ja trenuję równowagę, żeby nie wypaść za burtę, jak będę marynarzem".

Joanna Piela widząc tę pasję, obiecała sobie, że zrobi wszystko co w jej mocy, aby sfinansować studia syna, mimo że budżet rodziny był napięty. Ostatecznie Piotr spełnił swoje marzenie i po ukończeniu szkoły średniej dostał się na studia na szczecińskiej Akademii Morskiej. Potem rozpoczął też pracę marynarza.

Wyprawa do Singapuru - trauma zamiast przygody

W październiku 2002 roku Piotr wypłynął w rejs do Singapuru. Pół roku na oceanie miało być chrztem bojowym, a stało się źródłem traumy, o której nigdy nie chciał rozmawiać. Po powrocie bliscy zastali innego człowieka. Członkowie rodziny nie mieli wątpliwości, że na statku wydarzyło się coś, co totalnie złamało psychikę młodego mężczyzny.

Piotr udał się po specjalistyczną pomoc i usłyszał diagnozę schizofrenii. Był to cios dla rodziny, która nie do końca zgadzała się z tą opinią. Ich zdaniem Piotr potrzebował terapii traumy, a otrzymał otumaniające leki. Aby chronić syna przed poborem do wojska, mama pomogła mu uzyskać kategorię D. Marynarz odebrał to jako zdradę, bo decyzja ta zamknęła mu drogę do ukończenia studiów. Piotr wrócił jednak na morze. Mimo powolnej stabilizacji, ósma wyprawa od samego początku wydawała się naznaczona fatum.

Znaki, których nie wolno było zlekceważyć

Lipiec 2008 roku przyniósł serię niepokojących sygnałów. Podczas przygotowań do rejsu z Brazylii do USA Piotr dowiedział się, że wśród nowej załogi znajdą się osoby z traumatycznego rejsu do Singapuru. Czuł się osaczony i przeszłość dawała mu się mocno we znaki. Przed wypłynięciem w morze Piotr próbował też symbolicznie odciąć się od dotychczasowego życia.

W tym celu udał się do Wrocławia, aby usunąć z ramienia tatuaż smoka. O jego skrywanych zamiarach świadczyła też tajemnicza rozmowa z ciotką, której podczas ostatniego papierosa szepnął, że powierzyłby jej sekret, gdyby nie obawa, że nie zachowa go dla siebie. Pojawił się także wątek zainteresowania misjonarstwem, co potwierdzili później śledczy, którzy odnaleźli w historii wyszukiwarki zaginionego liczne hasła związane z misjami religijnymi.

Dzień przed zniknięciem Piotr poprosił kapitana o zejście na ląd w porcie Corpus Christi, ale spotkał się z odmową. Feralnego poranka, czyli 14 sierpnia 2008 roku, kontenerowiec kotwiczył zaledwie 70 metrów od brzegu Galveston. Zawsze niezwykle punktualny marynarz nie stawił się na swoją wachtę o 6:00. Zaniepokojeni koledzy zastali jego kabinę kompletnie pustą – na miejscu leżały nienaruszone ubrania, telefon oraz dokumenty morskiej agencji.

Próby rozwiązania zagadki

Amerykańskie służby szybko zamknęły sprawę, klasyfikując ją jako samobójstwo. Fakty zebrane przez rodzinę budują natomiast zupełnie inny obraz. Analiza okoliczności wskazuje, że Piotr wybrał punkt najbliższy brzegu, zabierając to, co niezbędne do przeżycia (pieniądze, dokumenty), ale porzucając to, co wiązało go z dawnym życiem (telefon, rzeczy osobiste). To nie był akt rozpaczy, lecz chłodno skalkulowana decyzja o "rozpłynięciu się" w amerykańskim systemie.

Zdesperowana matka dwukrotnie wyruszyła do USA. W Houston wierni z polskiego kościoła wspominali jej o chłopaku w kapturze, który zawsze siadał w ostatniej ławce, unikając wzroku innych. Ten trop doprowadził donikąd. Za to San Antonio przyniosło najbardziej mrożące krew w żyłach spotkanie.

Joanna rozmawiała tam z polskim księdzem, pytając, czy misje przyjmują uciekinierów szukających azylu. Duchowny przez długą chwilę wpatrywał się w nią chłodnym wzrokiem, po czym rzucił: "Jak będę tu następnym razem, powiem mu, żeby się do pani odezwał". To nie była obietnica pomocy w poszukiwaniach, lecz niemal przyznanie, że wie, gdzie przebywa Piotr. Finalnie mężczyzna nie skontaktował się z rodziną.

Pokój Piotra, czyli miejsce, gdzie zatrzymał się czas

W domu w Zgorzelcu pokój Piotra jest kapsułą czasu z sierpnia 2008 roku. Na biurku wciąż leżą niedopalone papierosy, których zapach dawno wywietrzał. Marynarska czapka spoczywa obok otwartej książki, której strony pożółkły od słońca. Przez te lata zmarły obie babcie marynarza. Także pies Ogryzek nie doczekał powrotu swojego pana, choć do końca nasłuchiwał jego kroków na schodach.

Wszyscy w rodzinie - poza mamą, która wciąż wierzy, że syn żyje – pogodzili się już z najgorszym scenariuszem. Dla ojca i młodszego brata osiemnaście lat bezlitosnego milczenia to zbyt długi czas, aby wciąż karmić się złudzeniami. Joanna Piela ma jednak nadal nadzieję, że kiedyś usłyszy jeszcze głos Piotra lub chociaż dowie się, co się z nim stało.

Piotr Piela
Piotr Piela © Facebook
Piotr Piela
Piotr Piela © Facebook
Piotr Piela
Piotr Piela © Facebook
Wybrane dla Ciebie
Nikt nie czyta, wszyscy wiedzą