56-latka zdecydowała się na wspomagane samobójstwo po śmierci syna. "Chcę umrzeć i to zrobię. Moje życie, mój wybór"

56-letnia Wendy Duffy, była pracownica opieki społecznej z West Midlands, zdecydowała się na wspomagane samobójstwo w Szwajcarii. Kobieta, która straciła swoje jedyne dziecko w tragicznych okolicznościach, mówi wprost: "Chcę umrzeć i to zrobię. Moje życie, mój wybór".

Wendy DuffyWendy Duffy
Źródło zdjęć: © Daily Mail

56-letnia Wendy Duffy zdecydowała się zakończyć swoje życie w kontrowersyjnej szwajcarskiej klinice Pegasos. Kobieta jest zdrowa fizycznie i psychicznie, jednak - jak sama przyznaje - po śmierci jedynego syna, 23-letniego Marcusa, nie widzi już dla siebie dalszego sensu życia.

Nie zmienię zdania. To będzie trudne dla wszystkich. Ale chcę umrzeć i to zrobię. I będę miała uśmiech na twarzy, kiedy to nastąpi, więc proszę, cieszcie się razem ze mną. Moje życie, mój wybór. Nie mogę się doczekać

- powiedziała "Daily Mail".

Martyna Wojciechowska wspomina śmierć ojca swojej córki: "Obiecałam sobie, że nie będę mamą i tatą"

W rozmowie z "Daily Mail" Wendy opisała dramatyczne okoliczności śmierci swojego syna, do której doszło cztery lata temu. 23-latek po powrocie z nocnej imprezy zasnął na kanapie, jedząc przygotowaną przez matkę kanapkę. W pewnym momencie Wendy weszła do salonu i zauważyła, że jej syn ma siną twarz. Kobieta, która posiada wykształcenie medyczne, natychmiast zareagowała - ułożyła Marcusa na podłodze i rozpoczęła resuscytację krążeniowo-oddechową, jednocześnie wzywając pomoc. Po chwili na miejscu pojawili się ratownicy medyczni, którzy przetransportowali 23-latka do szpitala. Tam Wendy usłyszała dramatyczną diagnozę. W tchawicy Marcusa znaleziono połówkę pomidora koktajlowego, której usunięcie wymagało specjalistycznego sprzętu. Przedłużający się brak tlenu doprowadził jednak do nieodwracalnych uszkodzeń mózgu i jego śmierci.

Wendy czuwała przy synu przez pięć dni, aż ostatecznie zapadła decyzja o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie. Jego organy zostały przekazane do przeszczepu.

Chodziłam do domu pogrzebowego codziennie i po prostu siedziałam z nim. (...) Nie jestem już tą samą osobą, którą byłam. Kiedyś czułam różne rzeczy. Nic mnie już nie obchodzi. Ja nie żyję. Ja istnieję

- mówiła w rozmowie z mediami.

Po śmierci syna Wendy pozostawała pod opieką terapeutyczną i korzystała z leczenia farmakologicznego. Dziewięć miesięcy po tragedii podjęła próbę odebrania sobie życia, przedawkowując przepisane jej leki. Uratowano ją w ostatniej chwili.

56-letnia Wendy Duffy zdecydowała się na wspomagane samobójstwo

Wendy zapłaciła około 10 tys. funtów za procedurę zakończenia życia w szwajcarskiej klinice Pegasos, która przyjmuje wybrane przypadki psychiatryczne pod bardzo rygorystycznymi warunkami. Proces kwalifikacji trwał ponad rok i obejmował zdalne wywiady, formularze oraz analizę pełnej dokumentacji medycznej. Jej przypadek został zaakceptowany przez panel ekspertów, w tym psychiatrów. Zgodnie ze szwajcarskim prawem kobieta będzie musiała samodzielnie przyjąć śmiertelny preparat.

Wkładają rurkę, ale trzeba samemu ją uruchomić, żeby zaczął płynąć śmiertelny lek. Potem - ding, ding, ding - w ciągu minuty zapadasz w śpiączkę, a minutę później już cię nie ma

- tłumaczy.

Śmierć ma nastąpić w najbliższy piątek. Wendy zaplanowała swoje ostatnie chwile w najdrobniejszych szczegółach. Chce odejść przy utworze \"Die With A Smile\" Lady Gagi i Bruna Marsa. 56-latka przygotowała również listy pożegnalne i wybrała strój. Poprosiła także, by w klinice pozostawiono otwarte okna, a jej rzeczy trafiły do organizacji charytatywnej. Po śmierci zostanie skremowana w Szwajcarii, a prochy - zgodnie z jej wolą - wrócą do Wielkiej Brytanii, gdzie zostaną rozsypane.

Wendy Duffy
Wendy Duffy © Daily Mail
Wybrane dla Ciebie
Nikt nie czyta, wszyscy wiedzą