Wciąż nie milkną echa zamieszania wokół sequela kultowej komedii "Nigdy w życiu!". Drama rozkręciła się już na tyle, że Katarzyna Grochola zagroziła Joannie Jabłczyńskiej sądem, a w sieci pojawiło się nagranie, na którym aktorka i prawniczka w jednym pozuje przy kurtce z napisem: "Ch*j w d*pę produkcji!".
WIDEOJoanna Jabłczyńska komentuje brak angażu do kontynuacji "Nigdy w życiu". "Do ostatniego momentu nie mogłam w to uwierzyć""
Beata Kawka broni Joanny Jabłczyńskiej i gani produkcję "Nigdy w życiu!"
Sprawę skomentował już szereg mniej bądź bardziej związanych z filmem znanych twarzy. Teraz głos postanowiła zabrać Beata Kawka. Aktorka pokusiła się o wyjątkowo obszerny wpis, w którym opowiedziała się za Jabłczyńską. Na wstępie podkreśliła, że choć doskonale rozumie prawa rynku - w tym prawo producentów do zmian obsadowych czy artystycznych - to produkcja kreatywna wymaga przede wszystkim szacunku do publiczności. Jej zdaniem nie wolno lekceważyć przyzwyczajenia widzów do konkretnych twarzy.
(...) Produkcja kreatywna to nie tylko scenariusz, budżet, harmonogram i nazwiska na plakacie. To przede wszystkim rozumienie widza. Jego emocji, jego pamięci i jego przywiązania do bohaterów. Istnieje zasada, której nie wolno lekceważyć. Nie zabiera się widzowi postaci, którą pokochał - czytamy na Facebooku.
Beata Kawka dzieli się swoimi doświadczeniami
Na poparcie swoich słów przytoczyła własne doświadczenia z planu serialu "Samo życie", w którym grała przez dziewięć lat. Jak wspomina, zmiana producentów i scenarzystów oraz wycinanie ulubionych wątków doprowadziły ostatecznie do nagłego zdjęcia produkcji z anteny, co zawiodło publiczność. Według Kawki przypadek Jabłczyńskiej i Tosi jest bardzo podobny - po 20 latach widzowie wracają do "Nigdy w życiu!", by spotkać znanych i bliskich im bohaterów, a nie tylko obejrzeć "nowy obrazek".
(...) To doświadczenie sporo mnie nauczyło. Przede wszystkim tego, że dla producenta postać może być elementem scenariusza, natomiast dla widza może być kimś znacznie więcej. Może być wspomnieniem, emocją, częścią jego własnego życia - zauważyła, kontynuując:
Dlatego sytuacja Joanny Jabłczyńskiej i Tosi jest czymś więcej niż decyzją castingową. "Nigdy w życiu!" to film, który przez 20 lat zdążył zbudować swoją legendę. Dla wielu ludzi jest częścią wspomnień. Ludzie pamiętają bohaterów, relacje między nimi, konkretne sceny, emocje. Pamiętają również Tosię. Kiedy po tylu latach wracamy do takiej historii, widz nie przychodzi wyłącznie zobaczyć nowego filmu. On przychodzi spotkać się z czymś, co już zna. Dlatego trzeba bardzo uważać, żeby tego spotkania nie zepsuć. Można opowiedzieć dalszy ciąg historii. Można pokazać, jak bohaterowie zmienili się przez 20 lat. Można ich zaskoczyć, można nadać im nowe cechy, można zmienić ton opowieści. Ale jeśli odbiera się widzowi bohatera, z którym jest związany, trzeba mieć naprawdę dobry powód. Bo widz ma swoją pamięć. I tej pamięci nie da się wyprodukować za pomocą kampanii reklamowej.
Beata Kawka radzi twórcom "Nigdy w życiu!"
Beata nie kryła zdziwienia tym, jakie działania podjęła produkcja komedii, wskazując, że osoby pracujące przy "Nigdy w życiu!" ewidentnie mają złych doradców. Zaapelowała do twórców.
(...) Nie chcę źle wieszczyć, ale gdybym mogła doradzić, to bym powiedziała, jeśli chcecie na tym filmie zarobić, trzeba bardzo szybko naprawić sytuację. Szybkim truchtem przeprosić Jabłczyńską i przywrócić ją do roli Tosi. Bo tutaj nie chodzi o jedną aktorkę. Chodzi o emocje widzów, o wizerunek produkcji i o zaufanie do ludzi, którzy tę historię tworzą - brzmiała jej rada.
Według niej w przypadku nowej ekranizacji obrazu o Judycie emocje widzów mogą wziąć górę.
(...) Widz jest zmienną, której nie zawsze da się przewidzieć w arkuszu kalkulacyjnym. Publiczność potrafi być niezwykle lojalna, ale potrafi być bezlitosna, kiedy poczuje, że ktoś lekceważy jej emocje. Dobry producent powinien czasami zatrzymać własne ambicje i zapytać czego właściwie oczekuje nasz widz. W przypadku "Nigdy w życiu!" odpowiedź wydaje mi się dość oczywista. Chce zobaczyć ludzi, których pokochał - wskazała.
Beata Kawka stanowczo o słowach Joanny Jabłczyńskiej na temat castingu
Szczególne zaniepokojenie artystki wzbudziły doniesienia, jakoby o rezygnacji z Jabłczyńskiej i zatrudnieniu nowej aktorki miał zadecydować podmiot finansujący projekt. Jej zdaniem ingerowanie sponsora w kluczowe decyzje castingowe nie wróży dobrze.
(...) Jeżeli o tym, kto ma zagrać jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci filmu, zaczyna decydować nie producent kreatywny, reżyser czy twórcy, tylko osoba stojąca za finansowaniem projektu, to zapala mi się lampka ostrzegawcza - grzmiała, dodając:
Bo wtedy trzeba zadać pytanie, czy rzeczywiście wybieramy najlepszą osobę dla filmu, czy wybieramy osobę, którą ktoś po prostu chciałby zobaczyć w tej roli. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Sponsor powinien przede wszystkim ufać ludziom, którym powierzył stworzenie projektu. Jeśli finansuje film, którego siłą mają być również nostalgia i emocjonalna więź widzów z bohaterami, to tym bardziej powinien rozumieć, że pewnych decyzji nie podejmuje się wyłącznie według własnego gustu. Oczywiście być może za wyborem nowej Tosi stoją jakieś argumenty artystyczne czy produkcyjne, których dzisiaj nie znamy. Natomiast jeśli jedynym albo jednym z głównych powodów jest to, że sponsor miał swoją kandydatkę, to moim zdaniem jest to bardzo ryzykowny sposób podejmowania decyzji przy projekcie opartym w tak dużej mierze na emocjach widzów. Sponsor może pomóc film wyprodukować, ale to widz ostatecznie zdecyduje, czy zechce ten film obejrzeć. A widzowi nie zabiera się bohaterów, których pokochał - skwitowała obszerny wpis.
Ma rację?