Gdzie jest granica odpowiedzialności influencerów?
W ostatnich tygodniach znów na sile przybrała dyskusja o tym, gdzie jest granica odpowiedzialności influencerów za postawy i trendy, które siłą rzeczy promują, nawet jeśli to "tylko" ich osobiste decyzje mieszczące się w prawie do samostanowienia o sobie. Przyczynkiem okazało się wyznanie popularnej TikTokerki, Agaty Lewandowskiej, która w wieku zaledwie 27 lat zdecydowała się na lifting, przesuwając kolejny raz granicę absurdu w pogoni za pożądanym wyglądem.
Zobacz także: 27-letnia Agata Lewandowska zdradza, ile zapłaciła za LIFTING! "Dużo, dużo kosztów...". Warto było?
I jasne – każdy może robić ze swoją twarzą, co tylko zechce, nie ma też co ukrywać, że dziewczyny działające w sieci często cierpią na rozmaite dysforie, które są konsekwencją bycia na świeczniku i codziennego zderzania się z opiniami na temat swojego wyglądu. To takie zaklęte koło, gdzie linia między byciem ofiarą a katem jest niemożliwa do ustalenia. Czy można winić kogoś, że łamie się pod ciężarem nierealnych standardów, jednocześnie sprzedając tę samą fantazję młodej publiczności, która chętnie dołączy do tego chorego wyścigu? W końcu bycie influencerem to nie tylko popularność i łatwy pieniądz, ale i ogromna odpowiedzialność – tiktokerki są cyfrowymi koleżankami, przyjaciółkami i powierniczkami, które chce się naśladować i podążać ich wzorem. Może warto ich skierować na tory nieprowadzące do gabinetów chirurgów plastycznych? Ot, taki nieśmiały pomysł do rozważenia.
Medialna ofensywa gwiazdki "Love Island"
Na naszych oczach rodzi się nowa celebrytka. Julia Majchrzak, o której usłyszeliśmy za sprawą brytyjskiego "Love Island", postanowiła przypuścić ofensywę również i na rodzime media. Piękna blondynka wpadła z krótką wizytą do Polski i zrobiła prawdziwe tournee po redakcjach serwisów internetowych, rozgłośni radiowych i telewizji, a timing tej wizyty sprawił, że rozmowy z Julią poniosły się naprawdę szeroko. Wszystko przez ogłoszone tuż przed przyjazdem do kraju rozstanie z Lorenzo Alessim – wybrankiem Polki, z którym zwyciężyła w randkowym show. Niestety, ich związek przetrwał poza telewizyjną willą zaledwie kilka tygodni.
Julia ma wszystko, aby przekuć zdobytą w "Love Island" rozpoznawalność w dobrze prosperujący biznes i karierę - jest młoda i śliczna, a za sprawą wspomnianego rozstania może też liczyć na dużą atencję mediów. Show-biznes jest głodny nowych twarzy i jeśli trafi się okazja, aby wypromować kolejną celebrytkę, to nikt takiej okazji nie przepuści. Majchrzak ma już za sobą wizytę w studiu "Halo tu Polsat", a niebawem ma też pojawić się na wydarzeniu TVN związanym z "Top Model". Wygląda na to, że rozgości się u nas na dobre, a Pudelek też nie zamierza Julii ignorować...
Łaska widzów na pstrym koniu jeździ
Ramówki największych polskich stacji telewizyjnych wystartowały na dobre, a wraz z nimi premiery głośnych formatów, w tym "Azji Express". Program wysyłający przyzwyczajonych do luksusu celebrytów na przeprawę za dolara dziennie to jeden z niewielu show, który pomimo reżyserii sprzedaje widzom esencję klasycznych reality-shows, gdzie zaproszone gwiazdy zapominają o kamerach i konsekwencjach czekających za pokazanie swojej "prawdziwej twarzy". A że łaska widza na pstrym koniu jeździ, to wystarczy kilka mniej komfortowych momentów i ulubienice publiczności mogą szybko przeistoczyć się we wrogów numer jeden.
O nieprzewidywalności tego formatu i gniewie widzów przekonały się Katarzyna Zillmann i Janja Lesar, które wprawdzie zdążyły już pożegnać się z "Azją Express" po zaledwie dwóch odcinkach, ale to wystarczyło, aby narazić się internautom. Do tej pory wydawało się, że z tego duetu to Janja wzbudza więcej sympatii, natomiast tancerka szybko wystawiła ten kredyt zaufania na próbę - kręcenie nosem na ciężkie warunki i podkręcone montażem foszki Lesar sprawiły, że pod jej adresem posypało się sporo niepochlebnych komentarzy. Hitowy format TVN to zaiste fenomen - można dzięki niemu przeżyć renesans kariery i przekonać do siebie ludzi (zapytajcie Małgorzatę Rozenek-Majdan czy Agnieszkę Włodarczyk) albo pogrzebać swoje szanse na dobry PR. Aż tak grobowy scenariusz Zillmann i Lesar raczej nie grozi, ale może to powinno być dobrym ostrzeżeniem przed wyruszeniem w kolejną telewizyjną przygodę...