Zginęła z rąk kolegi swojego chłopaka. Szokująca sprawa Justyny Mrozek
Dla śledczych była to jedna z najtrudniejszych spraw poszlakowych, zakończona jednak wyrokiem po latach żmudnego zbierania dowodów. Dla mieszkańców Wolsztyna zaś był to szokujący dowód na to, że zło może przybrać twarz chłopaka z dobrego domu. W historii śmierci 18-letniej Justyny Mrozek najbardziej poruszający pozostaje jej finał. Ojciec ofiary stanął bowiem oko w oko z mordercą i wybrał drogę, na którą stać niewielu.
Wieczór, który zamienił się w koszmar
Justyna Mrozek urodziła się i wychowała w Wolsztynie, czyli niedużym mieście w województwie wielkopolskim. Dziewczyna miała 18 lat i chodziła do technikum. Od 3 lat spotykała się z Krzyśkiem, kolegą ze szkoły. 28 kwietnia 2008 roku około 21:40 nastolatka wyszła na chwilę z mieszkania, żeby zapalić papierosa. Później okazało się, że przed blokiem spotkała swojego kolegę, Kamila. Chwilę porozmawiali, a potem pożegnali się. Justyna miała zaraz wrócić do domu.
Mijały kolejne minuty, a dziewczyny nadal nie było. Rodzice zaczęli się niepokoić. Próbowali dzwonić na dwa telefony, które zabrała ze sobą córka. Niestety nie udało im się z nią skontaktować. 18-latka nie wróciła też na noc do domu. Bliscy mieli nadzieję, że może nocowała u swojego chłopaka. Ten jednak nie widział się z Justyną tamtego wieczoru. Rodzice zgłosili więc zaginięcie policji.
Działania śledczych i SMS-owa mistyfikacja
Śledczy sprawdzili bilingi telefoniczne. Okazało się, że 10 minut przed wyjściem z domu zaginiona skontaktowała się z Mikołajem. Był on kolegą jej chłopaka, znali się od kilku lat. Ojciec Justyny zadzwonił więc do Mikołaja, żeby poznać więcej szczegółów. Nastolatek nie chciał natomiast rozmawiać z mężczyzną, był też dla niego niemiły.
Po dwóch dniach zmienił zdanie. Powiedział wówczas tacie zaginionej, że nie spotkał się tamtego wieczoru z jego córką. Przedstawił nawet dowód na potwierdzenie swoich słów, czyli SMS-a od Justyny. Później ustalono, że Mikołaj zabrał telefon dziewczyny i wysłał tę wiadomość do samego siebie, żeby zapewnić sobie alibi.
Odkrycie zwłok Justyny
Mimo upływu kolejnych dni nadal nie było wiadomo, co stało się z zaginioną. Nie pomogły działania prywatnego detektywa ani przypuszczenia słynnego jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego. Prawda wyszła na jaw dopiero po blisko dwóch miesiącach, gdy ciało odnaleźli przypadkiem gimnazjaliści. Makabrycznego odkrycia dokonano w Lasku Trubemby pod Wolsztynem.
Według autopsji przyczyną śmierci były obrażenia głowy. Sprawca użył prawdopodobnie kamienia. Wielu podejrzewało Mikołaja, natomiast brakowało dowodów. Po roku udało się uzyskać informację, że chłopak miał podobno opowiadać znajomym, że dokonał morderstwa. Śledczy zainstalowali więc podsłuch, który potwierdził wcześniejsze przypuszczenia.
Potwierdzenie tożsamości sprawcy
Policjanci ustalili, że feralnego dnia Mikołaj pożyczył od jednego z kolegów skuter i dwa kaski. Wieczorem spotkał się z Justyną, a potem pojechali do wspomnianego lasku pod Wolsztynem. Nie jest do końca jasne, co wówczas się wydarzyło i o czym rozmawiali. W pewnym momencie 17-letni Mikołaj zaatakował koleżankę i zaczął zadawać jej ciosy kamieniem.
Równie szokujące było to, że chłopak później wracał na miejsce zbrodni, by zacierać ślady. Pożyczył nawet od znajomego buty w innym rozmiarze, aby zmylić śledczych. Okazało się także, że dokonał wcześniej kilku rozbojów. Nie był więc to jego pierwszy konflikt z prawem.
Proces sądowy i wydanie wyroku
Przed sądem Mikołaj K. przyjął maskę ofiary systemu. Mimo wcześniejszego przyznania się do winy, za namową prawników odwołał zeznania. Milczał lub przekonywał o swojej wielkiej sympatii do Justyny. Sąd Okręgowy w Poznaniu nie dał się jednak zwieść tej grze.
W 2012 roku zapadł wyrok w postaci 25 lat pozbawienia wolności. Była to maksymalna kara, ponieważ sprawca w chwili popełnienia zbrodni był niepełnoletni. Sędzia w uzasadnieniu wspomniała o cynizmie oskarżonego, który po morderstwie jak gdyby nigdy nic uczestniczył w życiu miasteczka, patrząc w oczy zrozpaczonym rodzicom.
Nadludzka siła Włodzimierza Mrozka
W cieniu brutalnych faktów i ustaleń z sali sądowej toczył się drugi, równie trudny proces – w sercu ojca Justyny. Włodzimierz Mrozek przeszedł drogę od nienawiści i nieprzespanych nocy do bolesnego zrozumienia. "Moja nienawiść nie ma sensu, bo zatruje tylko życie mojej rodzinie. Niech Bóg go potępi, jeśli będzie taka jego wola" – powiedział po ogłoszeniu wyroku.
Mężczyzna zrozumiał, że aby uratować siebie i bliskich, musi przebaczyć mordercy. Tato zamordowanej nastolatki odrzucił tym samym dalsze życie w niewoli gniewu. Akt miłosierdzia wobec zdemoralizowanego syna lekarzy do dziś pozostaje dla wielu lokalnych mieszkańców równie wstrząsający co sama zbrodnia.