Kurski "uciekł do lasu" z dziewczyną? "Wykrzyczała, że ich prawnicy wszystko załatwią!"

Świadek wypadku pod Opolem twierdzi, że prezes TVP nie jechał limuzyną sam, a jego partnerka odgrażała się policjantom.

Obraz

Tegoroczny festiwal w Opolu nie będzie się chyba zbyt dobrze kojarzyć Jackowi Kurskiemu. W ciągu kilku miesięcy skłócił się z połową polskich artystów i władzami miasta, pozakładał niezliczoną ilość spraw w sądzie, a gdy wreszcie festiwal się odbył, Kurski wracając z niego miał wypadek. Jak ustalił Fakt prywatny szofer prezesa zawracając na drodze 45 nie włączył kierunkowskazu i uderzył w mijającego go opla, a Jacek, bojąc się że zostanie rozpoznany natychmiast po zdarzeniu "uciekł do lasu", gdzie między drzewami czekał aż podjedzie po niego drugi samochód.

Zaraz po publikacji tabloidu, Telewizja Polska wydała oświadczenie, w którym dementuje podane w gazecie informacje i twierdzi, że prezes zszedł jedynie na pobocze, co mogą rzekomo potwierdzić świadkowie zdarzenia. Na świadków powołuje się jednak również Fakt, który opublikował właśnie ich zeznania.

Jak podali informatorzy, prezes nie jechał limuzyną sam, a z partnerką i jej małym synem. Potwierdzają, że natychmiast po kolizji cała trójka udała się do lasu za rowem melioracyjnym.

To był bardziej zagajnik - uściśla świadek, dodając, że stamtąd Kurski "dowodził" całą sytuacją.

Wszystkim sterowała ta zgrabna blondynka w czapce z daszkiem z poważną miną. Tylko ona wychodziła z lasu, jak było coś do skonsultowania z kierowcą - opisuje informator. Mały chłopczyk, który z nimi jechał wyglądał na nieprzejętego całą sytuacją i dobrze się bawił w lesie.

Świadek dodaje też, że Kurski i blondynka "wykonywali tyle połączeń, że telefony niemal paliły się im w rękach".

Według relacji informatora, na miejscu zjawił się też Mateusz Magdziarz, dyrektor TVP Opole, który dołączył do pozostałych w krzakach. Po przyjeździe policji Kurski nawet na chwilę nie wyszedł z zagajnika. Pojawiła się za to jego partnerka, która była ponoć bardzo niezadowolona, że to kierowca ich limuzyny został uznany winnym wypadku i ukarany mandatem. Zabroniła mu go przyjmować, przez co trzeba było sporządzić wniosek sądowy.

Wykrzyczała, że "ich" prawnicy wszystko załatwią - mówi źródło.

W ciągu kilkunastu minut podjechało auto zastępcze i dopiero wtedy prezes opuścił zarośla i udał się w dalszą drogę do Warszawy.

Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Wybrane dla Ciebie
Nikt nie czyta, wszyscy wiedzą