Książę Harry i Meghan Markle po sześciu latach od porywczego "Megxitu" i ucieczki do słonecznej Kalifornii zdecydowali się przenieść swój dobytek życia z powrotem na Wyspy Brytyjskie. Wygląda na to, że czasy publicznego prania rodzinnych brudów są już za nimi. Już na samym początku napotkali na spore przeszkody. Wbrew ambitnym planom powrotu do aktorstwa księżna Sussexu nie może narzekać na nadmiar propozycji. Z kolei następca tronu podczas pilnej narady dał wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza godzić się z młodszym bratem.
Rodzice 7-letniego Archiego i 5-letniej Lilibet, którzy na dniach rozpoczną naukę w brytyjskiej szkole, jeszcze przed osiedleniem się w malowniczym regionie Cotswolds, zdążyli zafundować mediom prawdziwy wstrząs. Jak ujawnił serwis Page Six, wynajęcie supernowoczesnego, prywatnego odrzutowca, który w minioną środę bezpiecznie przetransportował ich na lotnisko w Birmingham, kosztowało 120 tysięcy dolarów (prawie 450 tysięcy złotych).
WIDEOJoanna Przetakiewicz o rodzinie królewskiej. Podziwia Meghan Markle i księżną Kate?
Oto szczegóły luksusowej podróży Harry'ego i Meghan
Sussexowie udowodnili, że zdecydowanie daleko im do zwykłych śmiertelników. Nie dla nich tradycyjne linie lotnicze, a już tym bardziej miejsca w klasie ekonomicznej. Wspólnie wybrali ekskluzywną maszynę Bombardier Global Express XRS zaprojektowaną z myślą o najwyższym możliwym komforcie i międzykontynentalnych podróżach.
Podana wyżej kwota odpowiada 10 godzinom lotu, z których każda wyceniana jest na 12 tysięcy dolarów. Podczas tych blisko 600 minut Harry i Meghan mogli obserwować widok z okien z różnych perspektyw, mając do wyboru aż 13 wygodnych, skórzanych foteli. Gdyby jednak chcieli zmrużyć oko, czekało na nich pięć łóżek, choć przypuszczamy, że perspektywa powrotu na ojczystą ziemię nie pozwalała royalsowi na zmrużenie oka. Na pokładzie stworzono też dwie prywatne łazienki. Odrzutowiec dysponuje też przestrzenią bagażową zdolną pomieścić nawet 15 średniej wielkości walizek.
Głównym powodem, dla którego Harry i Meghan zdecydowali się na wyłożenie tak pokaźnej sumy na prywatny lot, miała być... chęć komfortowego przetransportowania ukochanych czworonogów. Na pokład samolotu zabrali ze sobą nie tylko dzieci, ale także czarnego labradora Pulę oraz beagla Mię. Wyczarterowanie prywatnej maszyny pozwoliło im uniknąć stresujących procedur i podróży zwierząt w luku bagażowym rejsowego samolotu.
To nie pierwszy raz, kiedy głoszący proekologiczne hasła małżonkowie dość swobodnie podchodzą do tematu ograniczania śladu węglowego. Myślicie, że na dobry początek swojego nowego życia będą musieli się gęsto tłumaczyć?