Dokładnie rok temu, 17 lipca 2025 roku, media obiegły smutne wieści o śmierci Joanny Kołaczkowskiej. Artystka kabaretowa zmagała się z glejakiem, a w walce z chorobą wspierali ją rodzina oraz koledzy z ekipy kabaretu Hrabi. Niestety jej życia nie udało się uratować.
Te objawy Joanny Kołaczkowskiej zwróciły uwagę jej kolegów
Wiadomość o odejściu Kołaczkowskiej była ogromnym ciosem dla fanów i bliskich jej osób. Pierwsze doniesienia o chorobie gwiazdy pojawiły się w kwietniu tego samego roku. Wieści o jej śmierci bardzo przeżyli także jej współpracownicy, z którymi występowała na jednej scenie.
Zobacz także: Tak dziś wygląda grób Joanny Kołaczkowskiej: morze kwiatów, zdjęć i pamiątek (ZDJĘCIA)
Tak wygląda grób Joanny Kołaczkowskiej. Dziś obchodziłaby 60. urodziny (WIDEO)
W rozmowie z Wirtualną Polską w listopadzie ubiegłego roku głos zabrał Dariusz Kamys, dla którego Asia była kimś znacznie więcej niż tylko koleżanką z kabaretu. Jak wspominał, pierwsze objawy pojawiły się u Kołaczkowskiej jeszcze w kwietniu 2025 roku, gdy od tygodnia odczuwała silne bóle głowy. Wtedy sądzili, że to po prostu dokuczliwa migrena.
Aśka rzuciła, że od tygodnia bardzo boli ją głowa. Niby nic wielkiego, ale ból był tak dokuczliwy, że zamiast uczestniczyć w próbach, poszła się położyć. To było coś niezwykłego, bo była w naszym zespole największym tytanem pracy. Zagraliśmy przedstawienie i jakoś poszło, ale ból głowy nie ustępował. Poza tym Aśka miała "krótki lont", bardzo szybko się denerwowała. Zadzwoniła do swojej przyjaciółki, lekarki, która przepisała jej środki na migrenę. Ból trochę zelżał, co nas uspokoiło. Na migrenę się przecież nie umiera. Ale przyszły kolejne niepokojące sygnały
Wkrótce pojawiły się kolejne sygnały. W końcu Kołaczkowska zasięgnęła porady lekarskiej i wykonała niezbędne badania, w tym tomografię oraz rezonans. Diagnoza była dla wszystkich ogromnym szokiem, ale sama Joanna przyjęła ją ponoć ze spokojem.
W sali Relaks w Warszawie Aśka zagrała skecz, a potem wyszła na scenę i znowu go zapowiedziała. "Lopez", czyli Łukasz Pietsch, mówi za kulisami: "Aśka, przecież to już było". Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie. W pewnym momencie zapytała: "Gdzie my w ogóle jesteśmy? Co to za sala?". To było bardzo dziwne. Później dowiedzieliśmy się, że miewa krótkie utraty świadomości. Od razu odwołaliśmy trasę. Wysłaliśmy ją na badania, zrobiła tomograf i rezonans. I usłyszała najgorsze wiadomości. Od tamtego momentu wszystko potoczyło się bardzo szybko. (...) Jak gdyby lekarz powiedział: "pani samochód ma stary alternator, trzeba wymienić". Nie było rozpaczy, tylko ten spokój i łagodność. Ale nie wiem, jak podchodziła do tego w środku.
Kamys wyznał też, jak wyglądały jej ostatnie chwile.
Z jednej strony przed operacją cieszyła się z zakupu auta, twierdząc, że jeszcze jej się przyda. Z drugiej - wiedziała, jak brzmi diagnoza i dokąd to zmierza. Na szczęście wraz z rozwojem choroby nie widzieliśmy, by cierpiała coraz bardziej. To było dla nas ważne. Po prostu stopniowo odchodziła.