"Czerwony książę" wyznaje w "Vivie": "Romans z Marylą trwał tylko dwa tygodnie"

"Ludzie ciągle do tego wracają" - chwali się syn byłego premiera PRL-u. Zawsze lubiła bogatych komunistów i ich dzieci?

Obraz

Romans Maryli Rodowicz i Andrzeja Jaroszewicza nadal uchodzi za jeden z największych "skandali" PRL-u. Jaroszewicz, syn ówczesnego premiera, nazywany "czerwonym księciem" i "największym playboyem PRL-u" oraz Maryla Rodowicz, jednak z największych i najbardziej ekscentrycznych gwiazd tamtych czasów budzili spore emocje.

Legendę romansu z synem premiera podtrzymywała zresztą ona sama. Nie tylko nie prostowała różnych szalonych plotek, jak ta, że Jaroszewicz obsypywał ją, w sensie dosłownym, kwiatami albo że wynajął samolot, by napisać na niebie, że ją kocha, ale nawet sama je podsycała. W jednej ze swoich biografii dała wprost do zrozumienia, że była to wielka miłość.

Cierpiałam. Byłam zaangażowana w dużo większym stopniu niż Andrzej. Podobno jego tatuś nalegał na rozstanie - żaliła się piosenkarka.

Nie jest tajemnicą, że Rodowicz wykorzystywała swoją uprzywilejowana pozycję gwiazdy, by załatwiać różne sprawy z wysoko postawionymi komunistami. Żona Czesława Kiszczaka ujawniła w wywiadzie, że piosenkarka kokietowała jej męża, by ułatwiał jej wyjazdy za granicę.

Sama Maryla wyznała niedawno, lubiła towarzystwo wpływowych komunistów i dawała im się nawet obmacywać. To bardzo pomogło jej karierze.

Trudno się więc dziwić, że romans z "czerwonym księciem" jest dla niej powodem do dumy. A raczej był, bo sam Jaroszewicz w rozmowie z Vivą trochę burzy legendę tak troskliwie zbudowaną przez Marylę.

To trwało tylko dwa tygodnie - wyjaśnia w wywiadzie. A ludzie ciągle do tego wracają. Z tym samolotem to nieprawda, z wyznaniami też, bo nie byłem na tyle dobrym pilotem, żeby kreślić na niebie litery. Również nie rzucałem kwiatów z samolotu, bo tego po prostu nie dało się zrobić. Bawią mnie takie mity, odbieram je jako coś pozytywnego, choć przecież żyłem wtedy jak większość moich kolegów. Bawiłem się, korzystałem z życia. Buty w szpic od Beczki, dżinsy od Armaniego, piękny jedwabny garnitur uszył mi Bernard Hanaoka. Przywilejów nie miałem właściwie, nigdy nie korzystałem z tego, że mam ojca na wysokom stanowisku.

Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Obraz
Wybrane dla Ciebie
Nikt nie czyta, wszyscy wiedzą