Schadzka w toalecie, "zgon" przed klubem i słownictwo z rynsztoku. "Polska Shore" to "rozrywka", o którą nikt nie prosił (PUDELEK OGLĄDA)
"Warsaw Shore" oficjalnie powróciło - tym razem jako "Polska Shore". Program pokazuje dokładnie to, czego się spodziewacie i w sposób, który był łatwy do przewidzenia. Pytanie tylko - czy ktoś jeszcze czuje potrzebę oglądania imprezujących patocelebrytów w 2026 roku?
Tęskniliście za "Warsaw Shore"? Spodziewam się, że wielu z was właśnie powiedziało "nie", ale Canal+ z jakiegoś powodu uznał to za donośne "tak". "Polska Shore", czyli "kulturowy" (i mentalny) spadkobierca oryginału, znów przenosi chętnych do świata imprez, "zgonów" i przypadkowych zbliżeń. Pytanie tylko, czy w 2026 roku rodacy wciąż potrzebują jeszcze podobnych uciech - i to na dodatek schowanych za paywallem.
Ekipa "Polska Shore", czyli "bohaterowie", o których nikt nie prosił
Zacznijmy więc od początku. Pierwszym, co ukazuje się naszym oczom po odpaleniu odcinka numer jeden, jest okazała willa. Dom może i ładny, ale liczy się przecież wnętrze, a tam zrobili im nawet "bzykalnię", co by się nasi milusińscy nie nudzili. Pierwsi uczestnicy postawili słuszną diagnozę, że na łóżku leżały pejcze i chyba służą do "walenia w d...ko", więc załapali, w co tu się gra. Łącznie szeregi pierwszej edycji zasiliło dziesięć osobistości z pogranicza influencerstwa, tanich telewizyjnych romansideł i okładania się w klatce dla pieniędzy. Gdy już zeszli się ci, którzy są fundamentem tej "uczty" dla naszych zmysłów, to na akcję długo czekać nie kazali:
Moje podejście do mężczyzn jest mega szowinistyczne. Zawsze takie było. Mężczyźni to pety do szczania. Zawsze wchodzę z "b...ch face'm". Mój "b...ch face", moja aparycja, to jest moje pierwsze imię. Tak, jestem rozpieszczoną, k...a, jedynaczką z dobrego domu, wszyscy nade mną całe życie, k...a, skakali i wszystko. I jeśli tu ktoś coś na mnie powie, to spoko - współczuję
Do ekipy załapał się nawet niejaki Bilel, którego możecie kojarzyć z "Love Never Lies". Tak, mowa o tym, który zdradził partnerkę sześć razy (i siódmy w programie)
Ja go nie oceniam. Dla mnie spoko ziomek, nie?
Na deser produkcja zostawiła nam wisienkę na torcie, czyli byłych uczestników "Hotelu Paradise". Jeśli kiedyś śledziliście losy miłosnych uniesień "hotelarzy", to na pewno pamiętacie Milana i Samanti - a jeśli jeszcze ich nie znacie, to na bank zapamiętacie (i wkrótce zapewne zapragniecie zapomnieć). Samanti, z uporem godnym Josie Kwaśniewskiej w "Królowej przetrwania", zgrabnie łączy polski z angielskim oraz "ma dużo miłości i nie ma znaczenia, czy to chłopak, czy dziewczyna, bo bierze wszystkich". Milanowi natomiast pozwolimy się przedstawić samodzielnie, bo warto:
Trzy słowa, które mnie opisują to d....czki, d...czki i jeszcze więcej d...czek, nie? Wiecie, jak działa lep na muchy? No to tak samo Milan działa na d...y, nie? Nie jestem wybredny: chuda, gruba, ładna, brzydka, wszystko, co oddycha może u mnie być, jak już jestem po paru drinach. (...) W relacjach z dziewczynami cechują mnie polska gościnność i angielskie wyjście. Mój body count to jakieś 300+, więc nie wiem, jak będziecie chcieli tutaj zaprosić jakieś dziewczyny, z którymi nic mnie nie łączyło, to będzie to ciężka sprawa, nie?
Wojtek Gola, spina w aucie i "akcja w kiblu"
Gdy już naszła mnie myśl, że gorzej nie będzie, próg domu przekroczyli "OG imprezowicz" Wojtek Gola i jego mechaniczny czworonożny przyjaciel, który nawet zrobił "siad". Szanowni państwo, oficjalnie: żadne zwierzę nie ucierpiało podczas kręcenia programu, a roboty są wśród nas. Swoją drogą, umówmy się: Wojtek to miły facet, ale dykcji brak i wodzirejem jest na razie bezobjawowym, więc chyba tylko udział w "Warsaw Shore" usprawiedliwia tu jego obecność. Przekazał jednak uczestnikom ważne informacje:
Będzie grubo, ale intensywnie. Zabawa, imprezy, dużo niespodzianek, sytuacji, których się nie spodziewacie, jazda bez trzymanki
"Warsaw Shore" wraca. "Można pić szoty z pępka, ale można też z penisa"
Cóż, nie kłamał. Zacznijmy od tego, że zgromadzenie łóżek całej ekipy w jednym miejscu było posunięciem ryzykownym, ale genialnym, bo jeszcze nie poszli imprezować, a już zaczęły się "złote momenty". Laura miała żal do koleżanki, bo ta "k...a dotykała jej rzeczy" i przesunęła walizkę gdzie indziej, a to już niemal zniewaga. Na razie - doceńmy to - na rękoczynach się nie skończyło. Może w kolejnym sezonie oprócz "bzykalni" warto wzbogacić willę o miniklatkę do walk MMA, żeby takie sytuacje wyjaśniać na bieżąco? Inny koleżka z kolei subtelnie poprosił innego uczestnika, żeby kopsnął dezodorant, bo "j...e mu spod pachy". Na szczęście się zlitował. Jedno jest pewne - woń desperackiej walki o widza czuć tu chyba bardziej niż wspomniane "zapachy spod pachy".
Potem dwóch panów poprztykało się też w drodze na imprezę, bo ego jednego z nich powoli przestawało się mieścić w skromnych rozmiarów minivanie i "żartować to my, ale nie z nas". Ale spokojnie, ten potem "odbił" mu dziewczynę, więc mamy 1:1. A samo wyjście do klubu było dokładnie takie, jak się spodziewacie: szoty, tańce, tani chamski podryw i wymioty. Chociaż nie - Milan zaciągnął jeszcze Magdę do kibla, gdzie w sumie trudno określić, co zaszło, ale był wyraźnie uchachany. Były też szot z "bagiety" (uznajmy po prostu, że nie chodzi o bułkę) i "zgon" Milana na chodniku obok jego własnej treści żołądkowej.
Nie chciałam się przekonać, jak smakuje szot z tego dildo, jakoś mnie on nie przekonywał, żeby się napić, ale dziewczyny ochoczo piły
Człowiek to ogląda, ogląda i z minuty na minutę coraz częściej zadaje sobie pytanie: po co?
"Warsaw Shore" bis, ale w sumie po co?
"Polska Shore" nigdy nie obiecywało czegoś, czym nie jest. Kupując subskrypcję i oglądając ekstremalnie imprezujących influencerów otrzymujecie dokładnie to, na co się pisaliście, czyli "Warsaw Shore" bis. To coś jak "kontrolowany patostreaming", ale za opłatą - i tu leży pies (miejmy nadzieję, że mechaniczny) pogrzebany. Dziś podobną rozrywkę (niestety lub stety) można znaleźć gdzie indziej, a garstka gwiazdek internetu, które szlajają się po kiblach w klubach, to raczej smutny widok.
Czy powrót "Warsaw Shore" w 2026 roku był więc jeszcze komukolwiek potrzebny? Moim zdaniem nie, ale być może się mylę i właśnie teraz tłumy ludzi wykupują dostęp do Canal+, żeby oglądać, jak dziewczyny piją szoty z "bagiety", a ich kolega wymiotuje przed budynkiem. Samym uczestnikom chyba też wszystko jedno, bo widzą, w czym wzięli udział. Programy z serii "Shore" miały swój czas i nie bez powodu ten czas już minął - może lepiej się z tym po prostu pogodzić.