Sandra Kubicka przez długie miesiące była w centrum afery z niezdatną do picia (w mniemaniu niektórych) matchą w tle, co niewątpliwie spędzało jej sen z powiek. Ostatecznym ciosem było zamknięcie jej ukochanej matcharni w Warszawie. Znajdujący się na ulicy Wilczej lokal wytrzymał zaledwie 9 miesięcy.
W zamieszczonym w styczniu ogłoszeniu celebrytka zdradziła powody zamknięcia "Sandra's matcha" i zasugerowała, że przyczynili się do tego nie tylko psioczący influencerzy, ale i konkurencja.
WIDEOEdyta Górniak komentuje powrót Mandaryny do Michała Wiśniewskiego. "Ich dzieci są bardzo szczęśliwe" (WIDEO)
Influencerka niedawno zagościła w podcaście Doroty Szelągowskiej, w którym opowiadała o macierzyństwie, hejcie w sieci, małżeństwie z Baronem, a także budowaniu swojej marki osobistej. Skromna Sandra wyjaśniła, że naprawdę ciężko pracowała na swój sukces, a w czasach największej popularności obcy ludzie rozpoznawali ją na ulicy - i to za granicą. Celebrytka wspomniała też o zamknięciu matcharni, które było dla niej ogromnym ciosem i wyjątkowo przykrą życiową lekcją.
Dalej robię ten tour z matcharnią. Zamknęłam po prostu punkt stacjonarny w Warszawie, bo uznałam, że tu jest stolica tego hejtu - wytłumaczyła.
Była żona Barona zaznaczyła, że oprócz hejterów ma też oddaną rzeszę wielbicielek, które fatalnie zniosły wiadomość o zamknięciu lokalu ich idolki. Jak twierdzi, wieść ta wywołała u nich zbiorową histerię.
Kiedy ogłosiłam, że zamykam matcharnię, pojawiło się tyle samo osób, co na otwarciu - przekonuje Sandra. Wiesz, ile kobiet płakało? Oni mi marzenie spalili. Ja mam masę wspierających mnie kobiet, czy jestem w Poznaniu, Wrocławiu czy Łodzi, to tysiące kobiet przychodzi, płaczą, z dziećmi, piszą mi listy. Ja mam to wsparcie w mediach społecznościowych.
Wy też płakaliście, jak Sandra's Matcha się zamknęła?