DRAMAT Kingi Rusin podczas majówki w Japonii. Było dużo ludzi: "Musieliśmy uciekać, sytuacja nas przytłoczyła"
U Kingi Rusin niezmiennie przygody godne zapalonej globtroterki. Tym razem czmychnęła do Japonii, ale akurat trafiła na Golden Week i to nieco pokrzyżowało ich plany. "Polskie tłumy na majówkę to mały ból głowy w porównaniu z tajfunem wyjazdów Japończyków na ich majówkę".
Kinga Rusin dała się poznać nie tylko jako wszechstronna "twarz" telewizji, lecz także jako zapalona miłośniczka podróży małych i dużych. Efektami kolejnych wojaży dzieli się na Instagramie, gdzie może liczyć na poklask wielotysięcznej widowni.
Kinga Rusin musiała zwiewać z Kioto
Tym razem słynna obieżyświatka zrespiła się (bądź dla niewtajemniczonych - złożyła gościnną wizytę) w Japonii, a konkretnie w Kioto, gdzie wraz z Markiem załapali się na ostatni dzień festiwalu gejsz. Nie obyło się jednak bez przygody, którą Rusin już zrelacjonowała internetowej publice. Chodzi o Golden Week, czyli, w dużym uproszczeniu, tamtejszą "majówkę".
Dziękuję gejszom z pięknego Kioto, ale musieliśmy uciekać... Sytuacja nas przytłoczyła... Polskie tłumy na majówkę to mały ból głowy w porównaniu z tajfunem wyjazdów Japończyków na ich majówkę, czyli Golden Week. Takie miejsca jak Kioto są wręcz oblegane!
Córka Kingi Rusin jest już dorosła. Tak mówi o jej zawodowej drodze
Znajomi ponoć ostrzegali, ale Kinga nie słuchała i takie są efekty. Jak twierdzi, jakaś "polska majówka" to przy tym pikuś.
Tu dopiero zrozumieliśmy, co to znaczy "tłumy turystów na święta"... Ceny szybują - hotele cztery razy droższe, zjedzenie kolacji w dobrej restauracji bez zrobionej miesiąc wcześniej rezerwacji - bez szans, kupienie wejściówek na zwiedzanie czegokolwiek - może jak się zajmie kolejkę o świcie. Ostrzegali nas. Nie chcieliśmy wierzyć, ale w porę się zreflektowaliśmy, widząc napływające tłumy. Schowaliśmy się więc przed tym armageddonem w spokojniejszym miejscu.
Na szczęście kilka rzeczy udało się zobaczyć, w tym wspomniany festiwal gejsz. Oczywiście Kinga obserwowała wszystko z loży VIP, o czym nie omieszkała wspomnieć.
Przed "ucieczką" zdążyliśmy jeszcze w Kioto na ostatni dzień festiwalu gejsz - Miyako Odori. Oglądanie z loży VIP niesamowitego spektaklu wynagrodziło nam inne niedogodności. Precyzja i synchronizacja ruchów wyglądały jak zaprogramowane, każdy najmniejszy gest, nawet sposób ułożenia wachlarza coś znaczy, każde mrugnięcie powiek coś przekazuje, muzyka i śpiew to część kulturowego kodu. Do tego te obłędne kimona (niektóre zabytkowe, o muzealnej wartości). Przeniosło mnie to w inny, magiczny świat. Zobaczyliśmy też przez 3 dni najważniejsze zabytki i świątynie (jest ich w Kioto w sumie ponad 2000 z czego aż 16 znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Spotkaliśmy kilka przemiłych osób z Polski, z którymi wymieniliśmy się obserwacjami (pozdrawiamy państwa serdecznie!).
Niestety, wyszło jak wyszło, ale Kinga nie zamierza się poddać i Kioto może liczyć na rewizytę. Kiedy? Jak najszybciej, bo, jak sama pisze, "nie mają żadnych ograniczeń ani terminów".
Wyjechaliśmy z ogromnym niedosytem, więc... zaraz tu wrócimy! Na szczęście podczas naszej wyprawy po Japonii nie mamy na razie żadnych ograniczeń ani terminów, nasze plany są elastyczne, a trasy mogą się zmieniać z dnia na dzień. Zobaczymy, co dalej...
Też wyczekujecie na ciąg dalszy japońskich przygód Kingi?