Uduchowiona Anna Popek wspomina "ROZWÓD" KOŚCIELNY: "Tak zrobiłam i to było bardzo dobre"
Anna Popek w 2011 r. zwieńczyła swój 16-letni związek małżeński unieważnieniem ślubu kościelnego. Jak wyznała w rozmowie z "Faktem", kierowała nią przede wszystkim chęć uporządkowania spraw duchowych. Przy okazji pokusiła się o kilka rad dla par walczących z kryzysem.
Anna Popek miała 27 lat, kiedy po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny) stanęła na ślubnym kobiercu. Ze swoim byłym już mężem Andrzejem doczekała się narodzin dwóch córek. Pomimo tego, że ich drogi rozeszły się po kilkunastu wspólnie spędzonych latach, prezenterka całkiem niedawno objawiła się jako orędowniczka zawierania małżeństw, i to możliwie jak najwcześniej.
Była już gwiazda Telewizji Republika, która w ubiegłym miesiącu czmychnęła do konkurencyjnej stacji, nigdy publicznie nie powiedziała złego słowa na temat ojca ich dzieci. Ich rozstanie obyło się bez publicznego prania brudów. Dziennikarce udało się doprowadzić do unieważnienia ślubu kościelnego.
Popek szczerze o plotkach na temat rzekomego romansu Lewandowskiej: "Romans wizerunkowo nie byłby im potrzebny..."
Anna Popek doczekała się korzystnego wyroku sądu kościelnego
Prezenterka telewizyjna wspólnie z mężem zdecydowała się wystąpić do sądu kościelnego o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Wydaje się to zaskakujące, biorąc pod uwagę jej publiczne deklaracje o gorliwej wierze i uczestniczeniu w życiu wspólnoty katolickiej. Nigdy nie żałowała tej decyzji, choć droga do jej podjęcia była niezwykle wymagająca.
Stwierdziłam, że jeśli chcę rozumieć swoje życie, a chcę i być może w przyszłości jeszcze je ułożyć, to muszę takie pytania zadać i przed tym sądem kościelnym stanąć. Więc tak zrobiłam i to było bardzo dobre
W dalszej części wywiadu Anna Popek pokusiła się nawet o kilka rad dla par lub małżeństw, które w jej opinii często zbyt pochopnie podejmują decyzję o rozstaniu. Wyraźnie zasugerowała, że w tak ważnych momentach życia emocje nie są najlepszymi doradcami.
Myślę, że w ogóle ludzie, którzy mają kłopoty, bo w sądzie kościelnym trzeba opisać sytuację i opisanie tej sytuacji tak naprawdę jest już bardzo terapeutyczne, zaczynają widzieć, o co im chodzi. Więc myślę, że do wielu rozwodów by nie doszło, gdyby ludzie sobie opisali sytuację sami sobie na kartce, takie wypracowanie pod tytułem "co chcę zrobić i dlaczego". Najczęściej działamy pod wpływem emocji - czasami dlatego, że mamy zranione ego albo wybujałe ambicje, a czasem wszystko naraz. Trzeba się jakoś odsunąć od tych emocji i tego, co się dzieje w sercu i tej wielkiej burzy. Spojrzeć na to, co się dzieje w życiu, trochę nawet autystycznie i dopiero wtedy podejmować decyzje. Bo uczucia i emocje mają do siebie to, że mijają. I te złe i te dobre
Podzielacie jej stanowisko?