Sylwia Peretti o momencie, w którym dowiedziała się o śmierci syna: "Zaczęłam biegać po domu, rozrzucając wszystko. (...) Nie byłam w stanie płakać"
W najnowszym wywiadzie Sylwia Peretti otworzyła się na temat okoliczności, w jakich przekazano jej wiadomość o śmierci syna. Celebrytka długo nie wierzyła, że Patryk nie żyje.
Do księgarni trafi niebawem książka Sylwii Peretti. Była uczestniczka "Królowych życia" postanowiła opisać w niej osobistą tragedię - śmierć jedynego syna. W 2023 roku Patryk, jadąc z ekstremalną prędkością w terenie zabudowanym, stracił panowanie nad kierownicą, dachował i uderzył w betonowy murek. Razem z nim zginęło trzech innych młodych mężczyzn. W związku z publikacją książki "Niepożegnani" celebrytka udzieliła obszernego wywiadu.
Sylwia Peretti: "Urodziłam syna w wieku 18 lat, teraz przeżywam swoją młodość"
Tak Sylwia Peretti dowiedziała się, że jej syn zginął w wypadku
W rozmowie z dziennikarzem Kozaczka opowiedziała m.in. o momencie, w którym dowiedziała się o tym, że jej pierworodny nie żyje.
Rano telefon zadzwonił do Łukasza. Pamiętam to jak przez szkło powiększające. Nie da się zapomnieć takiego telefonu. Zadzwonił policjant do Łukasza. To była 6 rano, wszyscy spali, była cisza. Usłyszałam całą tę rozmowę. Pytanie było: "Czy jesteś z Sylwią? Ale jesteś z nią? Wiesz co, Patryk miał wypadek". Łukasz zaczął dopytywać: "Jak to wypadek? Gdzie?". "Najprawdopodobniej nie żyją. Patryk z kolegami" - wspominała feralny poranek.
Ujawniła, jak zareagowała na to, co właśnie usłyszała.
Ja nic nie powiedziałam. Po prostu usiadłam na łóżku. Zaskoczyłam się, jakby mnie poparzyło. Zaczęłam biegać po domu i ubierać się, rozrzucając wszystko, mimo że jestem pedantką i mam wszystko poukładane. Stałam i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Włożyłam pierwsze lepsze cichy, wybiegłam przed dom i po prostu stałam. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Miałam w ręce klucze i telefon. I Łukasz mówi: "Kochanie, jedziemy". A ja na niego patrzyłam, jakbym była w jakiejś cyberprzestrzeni. Jakby nic do mnie nie docierało. Mówiłam sobie, że to nie możliwe. (...) - opisywała.
Po otrzymaniu tragicznej informacji Peretti i jej mąż udali się pod Most Dębnicki, gdzie doszło do wypadku.
Zajechaliśmy na miejsce, a tam panowie w kamizelkach sprzątali, zbierali jakieś szkło. Auta już nie było. Usiadłam na schodach przy Wawelu i patrzyłam, że oni tam sprzątają. Nawet nie byłam w stanie płakać, bo nie wierzyłam w to, że coś się stało. (...) Mówię, że to niemożliwe, że ktoś się pomylił - wracała wspomnieniami.
Kobieta przyznaje, że nie była w stanie przyjąć do wiadomości, że jej syn nie żyje. Próbowała dzwonić do syna, zastanawiała się, czy może ktoś nie ukradł mu samochodu. Dopiero po dotarciu na komisariat zaczęła rozumieć, co się wydarzyło.
Przesunęli mi tylko portfel Patryka i zapytali, czy to jest jego. Powiedziałam, że tak. I to był ten moment, kiedy zaczęło docierać, że... Liczyłam na to, że ten portfel był w aucie.
Sylwia Peretti o symbolicznej godzinie. Oto co wydarzyło się przed wypadkiem
Sylwia dodała, że dzień przed wypadkiem widziała się z synem i jego partnerką na grillu. Opowiedziała również o sytuacji, która wydarzyła się w noc śmierci Patryka. Wypadek miał miejsce o 3:12 w nocy z 14 na 15 lipca. Godzina stała się dla 44-latki symboliczna.
To jest tak niewiarygodne. Przyjechali do mnie znajomi z Warszawy. Zrobiliśmy u mnie w ogrodzie grilla, dzień jak co dzień w okresie letnim. Przyjechał też Patryk z dziewczyną. Zrobiliśmy grilla, po czym młodzi pojechali do siebie, a my poszliśmy na rynek. Chciałam im pokazać rynek w Krakowie nocą. Wróciliśmy do domu około pierwszej. Poszliśmy jeszcze na taras. Ja mówię: "Ale szybko wróciliśmy do domu, która godzina? Rany boskie, trzecia?". Dopiero była przecież północ. A oni: "Jaka trzecia? No przecież jest pierwsza." Ja im pokazuję swój zegarek - 3:12. Mam do dziś zdjęcie tego zegarka z godziną wypadku - mówiła w wywiadzie.