Skruszona Kinga Rusin KAJA SIĘ po aferze z nielegalną fotką: "Nie róbmy faktycznie gejszom zdjęć na ulicy"
Kinga Rusin znalazła się w centrum dyskusji po publikacji zdjęcia z Japonii, które według Polki mieszkającej w Kioto narusza lokalne prawo. Tłumaczenia dziennikarki nie uspokoiły internautów. Teraz sama zainteresowana postanowiła posypać głowę popiołem i wystosować obszerne oświadczenie.
W ostatnich dniach Kinga Rusin stała się bohaterką internetowej polemiki, gdy zamieściła na swoich mediach społecznościowych fotografie z wizyty w Kioto. Jedna z publikacji dziennikarki wzbudziła oburzenie mieszkającej w Japonii influencerki, występującej w internecie pod pseudonimem Mortemenma. Zauważyła ona, że na jednym ze zdjęć znalazła się gejsza, a wykonanie takiej fotografii w Kioto bez odpowiedniego pozwolenia jest według obowiązującego prawa zakazane.
W obszernym wpisie Mortemenma zauważyła, że Rusin usunęła zdjęcie zaraz po tym, jak otrzymała liczne komentarze internautów o łamaniu lokalnych zasad. Polka mieszkająca w Japonii zwróciła uwagę, że sytuacja ta nie jest odosobnionym przypadkiem, a zakazy fotografowania gejsz obowiązują wszystkich - zarówno turystów, jak i znane osoby. Podkreśliła także, że jedyną legalną formą robienia zdjęć z gejszami w Japonii są specjalne kolacje albo zorganizowane pokazy kulturowe, na które należy się wcześniej zapisać.
Kinga Rusin dba o środowisko: "Nie wyrzucam rzeczy!"
Odpowiedź Kingi Rusin na zarzuty
Kinga Rusin w komentarzu do całej sytuacji utrzymywała, że nie opublikowała zdjęcia gejszy, a fotografię ilustrującą wpis stanowiła makieta specjalnie przygotowana do zdjęć przed miejscowym teatrem.
A gdzie to zdjęcie gejszy, bo nie widzę? Zdjęcie ilustrujące ten post jest z makietą specjalnie ustawioną do zdjęć przed teatrem. Właśnie dlatego nie wolno robić bez pozwolenia zdjęć gejszom. No ale nie ma to jak komuś dowalić, co? - broniła się dziennikarka.
Mortemenma w reakcji na zapewnienia Rusin opublikowała szereg dowodów, które miały potwierdzać niewłaściwe działanie dziennikarki. Ponownie wskazała, że nawet jeśli zdjęcie zostało usunięte, ślady w sieci pozostają. Przypomniała również, iż respektowanie zasad jest wymogiem niezależnym od pochodzenia czy statusu osoby przebywającej w Japonii.
Kinga Rusin wydała oświadczenie
Najwyraźniej "reporterka bez granic" zreflektowała się w obliczu krytyki, która na nią spadła. W piątek 55-latka zamieściła obszerne oświadczenie, w którym odniosła się do zarzutów. Ostatecznie była gwiazda TVN wzięła niedawną wpadkę "na klatę" i przyznała się do błędu.
W sprawie zamazanego zdjęcia "gejszy" (z galerii z niedawnego mojego postu): przyznaję, że było ono niefortunne i dziękuję kilku osobom, które zwróciły na to uwagę. Zdjęcie usunęłam. Co prawda zostało zrobione zgodnie z prawem (a jest, jak sprawdziliśmy, nawet kilka warstw prawnej ochrony gejsz), ale istnieją jeszcze elementy kulturowe i duchowe, które tutaj rzeczywiście przeważają. Dominującą wartością w przestrzeni publicznej jest bowiem w Japonii harmonia (wa) i unikanie sprawiania kłopotu innym (meiwaku o kakenai). Mam głęboki szacunek dla kultury i duchowości japońskiej - czytamy.
Nie róbmy więc faktycznie gejszom zdjęć na ulicy. Nawet przypadkiem, tudzież za zgodą, ale niepozowanych, nawet zamazanych (brak identyfikacji osoby), nawet w dozwolonym miejscu (zakazy różnego rodzaju dotyczą prywatnych i głównych ulic publicznych, nie pobocznych jak w moim przypadku). Dodam, że nie za bardzo można być pewnym, kto jest gejszą, a kto nie, bo niektóre japońskie turystki poddają się profesjonalnemu malowaniu i przebieraniu (sesje henshin) i też przechadzają się uliczkami i chętnie pozują do zdjęć - dodała na koniec.
Prawidłowa reakcja?